Rosomag.pl » Styl życia » 7 sposobów na szczęśliwe życie, czyli jak nie oszaleć [BLOG]

Super Ekstra Zorganizowana byłam chyba ostatnio w podstawówce. Etat perfekcyjnej uczennicy w liceum, zakończyłam wraz z odbiorem świadectwa maturalnego, a na studiach jak przytłoczyło mnie nierealne, do stuprocentowego ogarnięcia – wpadłam w twórczy chaos

Śmiało piszę twórczy, bo 5 lat studiów przy nieludzkich wysiłkach podczas sesji, hektolitrach kawy, dziesięciu załamaniach nerwowych, upłynęło mi wolne od jakichkolwiek poprawek. Nie, nie dlatego, że uczyłam się dniami i nocami, czy byłam tak genialna, że kartki kolejnych lektur przerzucałam z prędkością światła i w takim samym tempie zapamiętywałam ich zawartość, ale właśnie przez swój twórczy chaos, z którego chłonęłam w tempie ekspresowym, wynosiłam meritum, okraszone paroma ciekawostkami i całą siecią skojarzeń i odnośników. Czasem zapamiętywałam totalną pierdołę, czy datę wydania pierwszego wydania jakiegoś tam dzieła, nie znając głównego wątku, ale owa pierdoła ładnie podana i dobrze doprawiona do smaku, powodowała, że sprawiałam wrażenie studentki, dogłębnie czytającej lektury, kojarzącej fakty i orientującej się może nie świetnie, ale dostatecznie
w temacie. Zaczęłam tak szkolnie, bo te doświadczenia przełożyły się na moje późniejsze życie, czyniąc je znośnym, a teraz nawet bardzo szczęśliwym.

Ja wiem, że dla niektórych świetna organizacja i plan działania w życiu to podstawa i inaczej nie wyobrażają sobie funkcjonować. Ja też bym tak chciała
z jednej strony, może by mi to zdecydowanie uprościło życie, ale z drugiej nie wiem czy było by takie ciekawe i przynosiło mi tyle niespodzianek. Nie ma co dywagować, idąc za klasykiem – jestem jaka jestem :)

No ale dzięki temu mogę się z Wami podzielić swoimi sposobami na szczęśliwsze życie, czy raczej funkcjonowanie w rzeczywistości. Tym bardziej tej nowej rzeczywistości, w której żyjemy już we trójkę pod jednym dachem, a chaos
i wyścig z czasem jest stanem naturalnym :)

No to lecimy.

1. Nie prasuję sterty prania.

Do regularnego prasowania zmuszałam się tylko jak mój noworodek był noworodkiem i bodziaki, i pieluchy tetrowe na nowe rzygi, elegancko codziennie jechałam żelazkiem. Poza tym nie cierpię prasować, robię to naprawdę tylko i wyłącznie wtedy, kiedy już nie ma opcji, żeby tą wymiętą na kilka stron szmatę przywdziać na siebie i wyjść do ludzi. Jeśli wychodząc do pracy, widzę, że ubranie ujdzie, bo zakładam, że pogniecie się pod kurtką, albo jak usiądę w autobusie, to nawet nie zerkam w stronę żelazka. A między nami, nie umiem dobrze prasować, chłopu koszuli nie wyprasuję, tzn. wyprasuję, ale trzeba dopatrywać się różnicy między wyprasowaną, a niewyprasowaną. Wolę zostawić to zawodowcom J Świetnie natomiast prasuję spodnie i bodziaki, to jest mój konik chyba J Generalnie jeśli chodzi o prasowanie, nie tracę czasu na stanie przy desce w wolnej chwili, która szybko mija, a prasuję wtedy kiedy wyjmuję coś z szafy i widzę, że wymaga jednak poprawek żelazka. Stosuję się do zasady – ubranie bezwzględnie ma być czyste – niekoniecznie wyprasowane :)

2. Nie jestem Zosią-samosią.

Nie twierdzę, że posprzątane jest tylko wtedy kiedy ja to zrobię, że obiad jest smaczny, tylko kiedy ja mieszam w garach, że dziecko jest zadbane, tylko kiedy ja się nim opiekuję, że zakupy będą dobrze zrobione, tylko kiedy ja je przytargam ze sklepu, że pranie zostanie dobrze wyprane, jeśli to ja załączę pralkę, itd. Ja sobie to poczytuję za ogromny plus w życiowym komforcie psychicznym. Nie wywieram na sobie presji, nie frustruje się, że jeszcze tyle do zrobienia, że nie wyrabiam na zakrętach i wszystko nie jest tak zrobione jak powinno. Wiem, że jak ja nie dam rady, to równie dobrze, a czasem nawet lepiej zrobi to mój partner.
O i stąd przeskakujemy do punktu 3.

3. Moje dziecko ma dwoje rodziców – Mamę i Tatę, a nie Mamę i tylko Mamę.

Od momentu narodzin równolegle zajmujemy się naszym dzieckiem, oboje uczyliśmy się wszystkiego od początku, tuż po porodzie, kiedy nie byłam w stanie się podnieść sama nawet na łóżku, byłam spokojna, że Młody Tata z taką samą troską i miłością go przewinie, czy przytuli. Słuchałam opowieści koleżanek, które były wyczerpane samym myśleniem już, że tylko one mogą dobrze przewinąć dziecko, że tylko one w odpowiedni sposób mu butelkę podadzą itd. O tym, żeby zostawić na
2 godziny dziecko samo z Tatą, a nie daj Boże z Babcią, czy Ciocią nie było mowy. My się dzieliliśmy, raz jedno szło na przysłowiowe piwo, raz drugie, a czasem jak była okazja i Babcia w zasięgu, to oddawaliśmy kilkumiesięcznego malucha pod opiekę i szliśmy razem do kina, pobyć choć przez czas trwania filmu ze sobą, i przewietrzyć głowę, spuścić napięcie. Dla kogoś może to egoizm, dla mnie zdrowa równowaga. Dzięki temu, do tej pory nie było między nami kłótni i wyrzutów, że ktoś ma gorzej, że ciągle sam wszystko musi robić itd. Każdy z nas stara się dawać 100% od siebie
i chyba siły się równoważą. Można rzec, że jestem szczęściarą mając takiego mężczyznę przy boku, bo ostatnio zwątpiłam w męski ród, czytając post na blogu Pozytywny dom, o pomaganiu przy dziecku i tym jakie problemy mają kobiety, żeby „zmusić” jakby nie było ojca dziecka, do jakiejkolwiek aktywności. Jakby to, że przekazał nasienie, a potem przywiózł ze szpitala, wyczerpywało jego obowiązki względem własnego dziecka. Ale to temat na oddzielny tekst.

4. Nie sprzątam domu regularnie – nie jestem pedantem, na szczęście.

Bardzo lubię porządek, szczególnie kiedy po mieszkaniu buszuje dziecko, niestety graniczy to z cudem. Nie ustalam sobie, że w sobotę jest generalne sprzątanie domu i cały dzień, po tygodniu pracy, z dzieckiem uwieszonym u nogi, zapieprzam na szmacie, a potem płaczę, że weekend minął, a ja zmęczona bardziej niż byłam przed (i to bynajmniej nie dlatego, że balowałam całą noc na mieście). Nie, nie i jeszcze raz nie! Dlatego też pewnie w naszym domu rzadko gości perfekcyjny ład i porządek, ale ile czasu i nerwów zaoszczędzone. I znów sprzątam jak widzę potrzebę, wiem, że raz w tygodniu trzeba generalnie posprzątać, podłogę umyć, pranie zrobić, wyszorować kibel i prysznic, zetrzeć z szafek w kuchni dowody gotowania, że gary to codziennie, kilka razy dziennie, żeby to jakoś ogarnąć, zabawki zebrać, ciuchy ułożyć, zetrzeć kurze. I wszystko to robię, ale w tzw. lukach czasowych. Olaf idzie spać, wena mnie opuściła, albo zmęczona jestem pracą umysłową. Łapię za mop i ścierę i sprzątam. No chyba, ze pomidorowa wyląduje na podłodze, to umyć podłogę trzeba, mimo, że wczoraj wieczorem zdarzyła się luka i podłoga lśni, a w zasadzie lśniła czystością.

5. Mam obrzydliwie mało czasu podczas 24 godzin doby obowiązującej każdego człowieka. Nie mam ambicji (i siły) gotować codziennie obiadów, czy raczej obiado-kolacji.

Wracam z pracy i wisi na mnie mały człowieczek, który nie pozwala mi zrobić nic innego poza obsługą siebie samego, bo matki cały dzień nie widział. Jak myślicie – codziennie będę go odstawiać po 5 minutach i gotować pełnowartościowy posiłek dla rodziny, co da teoretycznie wszystkim zdrowie i szczęście? Jeśli zdarza się moja luka czasowa i mam zaplanowane, to gotuje i dla dziecka i dla nas, czy przygotowuję kolację, ale raczej nie umrzemy z powodu jedzenia zamawianego, czy słoiczka w razie braku zapasu zupy dla Olafa w lodówce. Na początku jak wróciłam do pracy, chciałam ogarnąć wszystko, wracając przed 19 chciałam ugotować dwa obiady, pozmywać podłogi, napisać post na bloga, zrobić zlecenie, pouczyć się włoskiego i na dobranoc przeczytać rozdział książki, zajmując się oczywiście ciągle dzieckiem, robiąc mu kolację, kąpiąc go i usypiając. Z tego wszystkiego wyszła kupa nerwów
i frustracji, więc wróciłam do zasady – jak jest czas i warunki to gotuję. Jak nie to zasiadam i piszę albo się uczę, albo lecę na ryj ze zmęczenia i nie jestem w stanie makijażu zmyć. Tak, wiem, stąd powstają zmarszczki i cera szarzeje. Ale co do gotowania, to mam takie marzenie-cel, wypracować metodę gotowania kilku obiadów w 2 godziny i do lodówki, kiedyś Ladygugu o tym pisała, jak w godzinę przygotowuje pięć obiadów dla rodziny, które tylko później odgrzewa. Brzmi to rewelacyjnie, jak
w praktyce? – wszystko przede mną :P

6. Dbam o swój rozwój.

Może i jestem też pracoholikiem, ale jak zaczynam wyrabiać na zakrętach to sobie dokładam, bo niepewnie się czuję J Inwestuję w rozwój, pasje i uczucia. To, chyba czyni mnie szczęśliwym człowiekiem, bo nie uzależniam swojego szczęścia od posiadania określonych w rankingu rzeczy, które uczynią Cię szczęśliwym. Jasne, że fajnie jest coś mieć, ale jednak po szekspirowsku, wolę być. Co nie zmienia faktu, że nowa sukienka, buty, czy książka czynią mnie po kobiecemu szczęśliwszą, niż byłam przed zakupem J Ale bez ciśnienia i presji :)

7. Staram się używać kalendarza, notatnika, przypomnień na telefonie, kolorowych karteczek lepionych wszędzie i to faktycznie pomaga, nawet bardzo.

Ale wciąż się uczę tej sztuki planowania, zapisywania, bo jestem przyzwyczajona do spontanu i carpe diem, i mówiono mi, że jak się dziecko urodzi, to wszystko się zmieni i będę z notatnikiem w ręku planować każdy ruch…po cichu liczyłam na to, a tu d**a. Zdolności organizacyjne rozwinęły się w trybie „przymusu”, ale ja pozostałam bez zmian ;) A swoją drogą, to jak można mówić o perfekcyjnym zorganizowaniu przy dziecku, które rozwala w sekundę najbardziej przemyślane strategie organizacyjne? Zawsze mnie to bawiło, jak słyszałam, że wszystko jest kwestią organizacji
i po prostu nie umiem się zorganizować. Ciekawe, że słyszałam to od kobiet, nieposiadających dzieci, dla których wszystko jest banalnie proste przecież. Najbardziej zdyscyplinowanym „planowaczem” byłam w ciąży, skrupulatnie zapisywałam i pilnowałam wizyt, badań, wagi i kolejnych odczuć w związku ze wzrastającym dzieckiem. Pod kątem medycznym rozwoju płodu i tego, co się dzieje z kobietą w trakcie ciąży, myślę, że dysponowałam wiedzą na poziomie położnika ;) Wracając do kalendarza, może nie czyni mnie to szczęśliwszą przez to, że to robię, ale usprawnia mi życie, bo MUSZĘ, niestety muszę bezwzględnie zaplanować terminy szczepień, wizyt u lekarzy, swoje badania, dentystę, kosmetyczkę, spektakle w teatrze, deadliny na teksty, terminy oddania recenzji, posty na bloga, itd. Bez rozpiski, czasem się po prostu w tym gąszczu dat i godzin gubię. A dołóżmy jeszcze mój kalendarz pracowniczy, który zostawiam z premedytacją w biurze, żeby mnie nie kusiło robienie czegokolwiek, poza okresem czasu 8 godzin.

 

Artykuł pochodzi z bloga www.monikasobieraj.pl

 



POLUB LUB UDOSTĘPNIJ TEN ARTYKUŁ: 

 

MASZ LEKKIE PIÓRO? ZACZNIJ BLOGOWAĆ W ROSOMAG.PL